29 maja

29 maja

Trudna sztuka walki z własnymi ambicjami. Część 2.

Obiecywana kontynuacja poprzedniego wpisu. W tej części podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami w temacie "przegrywania", czy też odpuszczania, gdzie nie zawsze jest to kierowane lenistwem. Odniosę się do kontekstu zawodów sportowych, ponieważ taka sytuacja nie dawno mnie spotkała.




Część pierwszą przeczytasz tutaj: klik.





W tym roku, dokładnie 12 maja 2019 roku miał odbyć się mój pierwszy w życiu start. Początkowo plany były na półmaraton. Od razu głęboka woda, tak jak lubię najbardziej. Lubię wyzwania, nowe rzeczy, nie boję się zmian. Za to bałam się potknięcia. To mnie paraliżowało. Nocami śniłam o tym, jak to nie dojechałam na start na czas, nie wydano mi pakietu, czy jak po prostu zapomniałam o zawodach. Moje sny nie były pozytywne, co nie nastrajało mnie optymistycznie do walki. 


Robiłam jednak swoje, biegałam, korzystałam z planu treningowego. Plan realizowałam z większym lub mniejszym trudem. Pierwsze kłody zostały mi rzucone, gdy zimą chorowałam na potęgę. Niczym przedszkolak, przeziębienie jedno za drugim. To nie pomagało, wręcz odbierało mi siły, odbierało kolejne treningi. Czy była to moja wina? Absolutnie nie! A czy czułam się źle? No jasne, że tak. Wiem, że choruję na Hashimoto, mam obniżoną odporność a jednak, gdzieś tam w środku, czułam że mogę dać z siebie więcej. Mogłam bardziej zadbać o odporność. Zima się skończyła, wielkimi krokami nadchodziła wiosna, a także dzień zero. Podjęłam trudną, ale bardzo ważną pierwszą decyzję dotyczącą biegu. Przepisałam się na listę zawodników startujących na 10 km.

Miałam wrażenie że przyznaję się do błędu, choć tak nie było, miałam poczucie winy, przegrania. Czułam się źle, mimo że wiedziałam o słuszności swojej decyzji. Jak wyglądały moje przygotowania? Od wiosny super. Strzelałam w czas około 1 godziny. W planach było maksymalnie 65 minut do mety. Na pierwszy raz, gdzie nie jestem jeszcze fanem pędzenia niczym rakieta, wydawało mi się to rozsądne. Biegałam, robiłam swoje, cieszyłam się tym. Nie rozmawiałam o zawodach, bo tak bardzo bałam się porażki. Ten temat mroził mi krew w żyłach. Tak bardzo mnie stresował, że momentalnie moje tętno skakało do 140 uderzeń. 


To były zawody. Coś na co musisz się zapisać, więc wiesz że nie ma żartów. Tak samo gdy przyznasz najbliższym że nie jesz słodyczy. Trudno jest potem chwycić kawałek ciasta. Jest to swego rodzaju presja, czasem bardzo dołująca, a czasem podnosząca na duchu. Niby się cieszysz z nowego postanowienia, a za chwilę cichutki głosik w głowie odzywa się i mówi


Nie dasz rady. 

Czarne myśli spędzały mi sen z powiek. Czy zdążę dojechać? Czy dam w ogóle radę dojechać? Pociągiem? Samochodem? Gdzie znajdę parking? Jechać przebrana czy ubrać się na miejscu? Czy ktoś ze mną pojedzie?
Tymi pytaniami lekko przepowiedziałam sobie niepowodzenie. Wtedy jeszcze przeklinałam na siebie w myślach, że sama sobie "wykrakałam".

Nie pojechałam na zawody. Bez żadnej ściemy, bez owijania w bawełnę. Obawiałam się, że się rozchoruję, bo pogoda pozostawiała wiele do życzenia. Na 10 dni przed zawodami dopadła mnie alergia, która jakoś siedziała cicho w kącie odkąd skończyłam 8 lat. Bach, katar, bach kichanie i lekko czerwone oczy. No dobra, to może nie jest jeszcze porządna przeszkoda dla startu. Po kilku dniach bach, dorosła część mojej rodziny (w tym rzecz jasna i ja) dołączyliśmy do licznego grona widywanego na korytarzu przychodni lekarskich. Mnie aż tak "nie wzięło", objawy typowo chorobowe nie były jakieś mocno utrudniające życie, za to serducho odmawiające posłuszeństwa już tak. Czułam się jakby ktoś zakaz mi spać od tygodnia. I to na 4 dni przed dniem zero.

Znam ludzi, którzy nawet na antybiotyku startują. Nie wiem, czy robią mądrze, moim zdaniem nie, decyzja należy do nich samych. Bałam się że nie dam rady, ale nie siłą sportowca, a pacjenta, zwykłego człowieka. Już dobrze wiedziałam, jadę na zawody sama, to był drugi argument na nie.








Czy zrobiłam dobrze? Wtedy uważałam że to był ogromny błąd, mimo że na zawodach lało, było ogromnie zimno, ja cały tydzień pukałam się w głowę że nie pojechałam. Potem pomyślałam o tym, na chłodno, że byłabym niezbyt rozsądna. Nie każdy jest mocarzem w chorobie, z resztą nikt nie powinien udawać twardziela, a dać sobie odpocząć. Choroba to jasny sygnał to odpoczynku.
Dziś nie biję się z myślami, znalazłam dobrą duszę która odebrała mój pakiet startowy - i mam go, na pamiątkę. Nie ma medalu, nie to jest ważne. Życie składa się z porażek i sukcesów, czy nawet nie porażek a też przypadków losowych dzięki którym coś nam nie wyszło. To od Ciebie zależy jak to wykorzystasz, czy na pozytywną stronę, a może negatywną? Która jest lepsza? Pamiętaj też że z wszystkiego można wyciągnąć lekcje, nie tylko sukces nas uczy, porażka z czasem daje nam przebłysk energii na coś innego, jeszcze lepszego.







Spytasz, jak moje dalsze plany? Biegam, nie zakryłam się z wstydu. Szlifuję formę, a jak nadarzy się okazja, wystartuje w swoich pierwszych zawodach :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za dodanie komentarza! Jest mi niezmiernie miło że odwiedzasz mojego bloga i zostawiasz po sobie ślad. Ściskam!

Copyright © 2016 O bieganiu i nie tylko , Blogger