14 września

14 września

Co mogę powiedzieć po 4 latach biegania?

Bieganie nie jest tak łatwe jak mogłoby się wydawać. Dla osoby początkującej wydawać się może łatwizną, przecież mam wskoczyć w buty i po prostu biec. Ja również tak myślałam, po kilku treningach czułam się jakbym zderzyła się z ścianą. Niby wszystko jest takie proste i piękne, nie potrzebujemy wszak wiele do tego sportu. Pierwszą rzeczą jaką spostrzegłam była determinacja, której potrzeba żeby wytrwać i coś osiągnąć. Nie chciałam biegać maratonów, nawet połówek czy innych biegów masowych, a mimo to musiałam wkładać wiele pracy nad sobą żeby widzieć jakiś postęp. Mawiają że sportowcy to są twardziele, ja się z tym zgodzę. Ile razy zadawałam sobie pytanie po co mi to wszystko, dlaczego ja się tak męczę, a na koniec zawsze czułam dumę że dałam radę.







Co mnie skłoniło akurat do biegania




Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. Chodziłam z swoim pierworodnym na spacery, mijałam ludzi biegającacych i myślałam sobie ale oni mają fajnie! Ćwiczyłam w domu na dywanie z Ewą Chodakowską, jakąś formę już miałam. Decyzja zapadła z dnia na dzień, nawet nie miałam butów tylko zwykłe sportowe codzienne obuwie. Pierwsze treningi były lekkie dla mnie, to było coś nowego, byłam w takiej euforii że specjalnie nie męczyło mnie to. Może dlatego że robiłam jedno kółeczko które jak się potem okazało miało 1,3 km? Pobiegałam tak jeszcze bez ładu i składu przez jakiś czas, dopóki nie przyszły chłody a ja z powrotem odpalałam płyty z treningami w domu. Z tyłu głowy ciągle miałam będę to robić na poważnie. Obiecałam to sobie, więc na wiosnę kupiłam moje pierwsze buty biegowe, takie z prawdziwego zdarzenia, po przeczytaniu mnóstwa artykułów. Oczywiście, obietnicy sobie dotrzymałam i tak zaczęła się moja przygoda.

zdjęcie mojej pierwszej trasy, po odnowieniu leśnych ścieżek




Trudne prawdziwego biegania początki




Z natury nie jestem osobą która potrafi się na milion procent zmotywować do jakiegoś działania, gdy coś przychodzi mi z trudem mój zapał trochę spada. Tak było też tym razem. Chciałam przygotować się odpowiednio do biegania, by coś dobrego z tego wyszło. Przewertowałam chyba cały internet w poszukiwaniu rad dla początkujących. Wiele z nich było cennych, prawie kązdy artykuł mówił o marszobiegach. Dużo ludzi myśli albo wszystko albo nic, dlaczego mam maszerować nie mogę od razu przebiec powiedzmy 500 metrów i wrócić do domu? Czułam, że nie tędy droga, tak jak radzili profesjonaliści z internetu, tak usiadłam z karteczką i długopisem. Rozpisałam swój pierwszy w życiu plan treningowy. Przyznaję bez bicia, nie zawsze udawało mi się go zreazlizować. Miałam zaplanowane cztery jednostki treningowe, z początku same marszobiegi od minuty biegu i minuty marszu, tak stopniowo zwiększając o minutę z tygodnia na tydzień. Na kartce wszystko wydawało się takie proste. Po tygodniu już wiedziałam, że nic nie jest proste. Zorientowałam się ile do tego trzeba wysiłku, determinacji i uporu by chociaż w trzeciej sesji marszobiegu nie skrócić sobie biegu o te kilka sekund, no może kilkanaście a nawet kilakdziesiąt. Bardzo długo nie widziałam u siebie takiego prawdziwego postępu, nie miałam tyle sił by pobiec dalej, szybciej i dłużej. Gdzieś myślałam sobie, że na pewno nie jestem z tym sama, mam prawo do kryzysu. Całkowicie bez spiny robiłam swoje, jak mi nie szło to nie rozdrabiałam treningu na części pierwsze, tylko dalej wychodziłam i tak już więcej biegłam niż maszerowałam.





Mój rozkwit formy




Minął rok odkąd tak sobie biegałam, już planem a czasem „na czuja”. Zmieniłam trasę, starej miałam trochę dość i czułam że jest zbyt krótka, wszak tylko 4 km. Porwałam się lekko z motyką na słońce, wybrałam ścieżkę która w dwie strony miała 8 km! Pomyślałam sobie szaleństwo! Trasa wiodła piękną ścieżką pieszo-rowerową wprost nad jezioro, do którego miałam 4 km. Z pozoru moje nowe miejsce do biegania było łatwe, do jeziorka prawie same zbiegi, nic pod górkę. Jak się domyślacie, jeśli trzeba zbiec z górki i wrócić tą samą drogą to trzeba wbiec pod te górki. Lekko nie było, dodatkowo bieganie po samej kostce męczyło mnie. Czego się nie robiło dla widoku tego jeziora, które jest bardzo piękne. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy ile to miejsce da mi sił. Moje osiągi poprawiały się, miałam tylko dwie góra trzy przerwy na odrobinę marszu, moje tempo wzrastało, a ciało zmieniało się. Biegałam do południa, o 6:00 jadłam śniadanie, o 9:00 wyruszałam na podbój. Wszystko co robiłam, płynęło z mojego serca. Porzuciłam plany, miałam wybrane tylko swoją ulubioną muzykę, dobre nastawienie i biegłam przed siebie. Takie podejście nauczyło mnie rozkładania sił, już nie było widać po czasach na aplikacji że tylko pierwsze 2 km biegłam w rekordowych tempach, a pozostałe 6 w dużo gorszym czasie, wszystko rozkładało się równo i idealnie. Miałam już z lekka dość tych górek, przypomniałam sobie o pięknym skrócie wiodącym przez las, który kończył się nieopodal mojego domu. Tym sposobem wydłużyłam bieg nawet do 10 km, czułam niedosyt i robiłam kółeczko starą trasą. Miło było sobie przypominać gdzie zaczynałam. Ta idylla trwała dobre dwa lata, moja sylwetka była wysportowana, ja szczęśliwa, biegłam przed siebie róznymi drogami, robiłam nawet 30-40 km tygodniowo.


moja magiczna przystań


Powiększenie rodziny




Nie samym sportem żyje, mam też swoje życie rodzinne, osobiste. Zdecydowaliśmy o powiększeniu rodziny. Na samą myśl już planowałam jak to będzie biegaczka w ciąży, to będzie super przeżyty czas. Niestety dopadła mnie najbardziej popularna bolączka osoby biegającej, zapalenie mięśnia przypiszczelowego tzw. shin splints. Rozpoczęłam rehabilitacje, miałam zakaz biegania. Skupiłam się na innych rzeczach, po miesiącu okazało się że jestem w ciąży. Radość była wielka, a życie lubi być zaskakujące, moja piszczelowa kontuzja osłabiła mocno moją formę, od lekarza również nie miałam zielonego światła do biegania. Odliczałam dni do spotkania z drugą pociechą, jednocześnie planując wznowienie treningów.



Powroty są ciężkie




W planach i naszych myślach wszystko wydaje się takie proste, kolorowe. Dzieciaczki zostaną z mężem a ja sobie wyskoczę na trening. Przez pierwszy rok po porodzie poległam na polu walki. Nie miałam sił, ochoty, czasu na treningi. Bywały zrywy, ale wiedziałam że z tego nic nie da. Moja druga latorośl jest bardzo do mnie przywiązana, każda próba wyjścia z domu kończyła się histerią. Pomyślałam, że mogę odczekać jeszcze jakiś czas. Ta wiosna już była przełomem, twardo powiedziałam że choćby nie wiem co, nawet raz w tygodniu chcę wyjść potruchtać. W dalszym ciągu różnie to wychodzi, niestety nie z mojej winy. Organizacja swojego czasu przy dwójce nie jest już taka prosta. Powróciłam na moją pierwszą trasę, lekko ją zmodyfikowałam. Idzie mi dobrze, biegam trzy razy tygodniowo, do tego dokładam dwa treningi w domu. Znów muszę się bardzo starać, by były tego efekty. Znów sobie maszeruję i biegam. Jest mi z tym dobrze. Kolejny raz jestem w tym samym momencie, że nie spinam się nad planami, słucham swojego serca. Jeśli mam nogi jak z stali to nie biegnę ponad swoje siły. Kto wie gdzie mnie ta metoda tym razem zaprowadzi? A po co to wszystko piszę? Może jest gdzieś ktoś, kto jest w podobnej sytuacji i zastawia się po co wszystko? Może tak jak ja kiedyś ma ochotę się poddać, jednak ten dreszczyk po treningu skłania go do wyjścia ponownie? 


Droga każdego biegacza jest inna, ze swojego doświadczenia, jak możecie przeczytać wyżej nie zawsze dobrą drogą jest trzymanie bata nad własną głową. Każdy z nas musi odnaleźć swój sposób, jednak nie mówię że zawsze robimy tylko co, co nam odpowiada. Chyba nie pomylę się pisząc że żaden biegacz nienawidzi podbiegów. Ja również, ale nie unikałam ich, wiem że były potrzebne. 


Wierzę, że niedługo znów osiągnę swoja szczytową formę, wiem też że do tego potrzeba czasu i uporu. Dni są coraz krótsze, to mnie trochę demotywuje, choć lubię biegać o zmroku, to nie lubię wtedy biec tam gdzie zazwyczaj to robię. Plan na jesień mam taki, by treningi odbywać głównie w okolicy weekendu, najlepiej z samego rana, dodatkowo jeden trening w środku tygodnia. Na bieżąco będę dawać znać jak mi idzie, a może kogoś zmotywuję? 


7 komentarzy:

  1. A jak z kolanami? Nie wysiadły? Jak sobie radzisz z bólem płuc przy bieganiu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kolana w porządku, dbam o rozciąganie po i mam dobrze dobrane buty. do bólu płuc przyzwyczaiłam się, po treningu trochę mi doskwiera ale lubię ten stan :)

      Usuń
  2. Mnie właśnie czeka taki powrót i coś zwlekam, wymówek szukam..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. strach ma tylko wielkie oczy :) jak już człowiek się wkręci to jest całkiem fajnie!

      Usuń
  3. Wow podziwiam Cię szczerze, bo ja biegać nie cierpię.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podziwiam Cię! ja nadal nie zrobiłam pierwszego kroku :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! najważniejsze jest to by się w końcu odważyć

      Usuń

Dziękuję za dodanie komentarza! Jest mi niezmiernie miło że odwiedzasz mojego bloga i zostawiasz po sobie ślad. Ściskam!

Copyright © 2016 O bieganiu i nie tylko , Blogger