12 grudnia

12 grudnia

O moim nieproszonym gościu

O moim nieproszonym gościu
Ponad rok temu wprosił się do mnie nieproszony gość. Zaczęło się niewinnie, obiecywał że zaraz zniknie z mojego życia, że będzie w nim tylko kilka miesięcy. Jego obecność nie sprawiała mi wiele problemów, wszak wtedy byłam w tak zwanym dwupaku. Nietrudno o zmęczoną, niewyspaną, czującą się niczym wieloryb kobietę w ciąży. A ten mój gość sprytnie chował się za ciążowym samopoczuciem, dając mi wiele nadziei na szczęśliwe zakończenie. Odbierał powoli moje siły, zaczynając od padania na twarz wieczorem, kończąc na rozładowanej baterii tuż po śniadaniu. To on zafundował mi baby bluesa, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam że to przez niego. Obiecanki nie spełniły się, mój gość zostaje ze mną do dziś, a ja powoli zaczynam go akceptować.










Pamiętam dzień w którym odebrałam pierwsze wyniki badań. Ale zacznijmy od początku. Rutynowe badanie trójki tarczycy, zalecane w 1 trymestrze ciąży. Lekko ponad normę, jednak nie było tak strasznie. Najniższa dawka hormonu na tarczycę, przez który nie mogłam pić kawy tuż po przebudzeniu tak jak lubię, a musiałam czekać. Pokrzepiające słowa lekarza, że większość kobiet wraca do normalności po narodzinach swojej pociechy. Tymi słowami żyłam do rozwiązania, a kontrolne wyniki były straszne.


Połóg przeżyłam dużo gorzej niż za pierwszym razem. Mówiłam sobie że to przez to drugi raz, drugie cięcie cesarskie, to wiadomo organizm dostał w kość i jakoś musi odreagować. Wahania nastrojów, zwłaszcza przy karmieniu, czy nocą. Zmiany koszuli nocnej kilka razy w nocy, którą mogłabym umyć podłogę, bo tak była mokra. Wieczne niewyspanie, brak koncentracji, nie pamiętałam najprostszych rzeczy. Te wszystkie sprawy można śmiało podpiąć pod życie młodej matki. Nie spodziewałam się że coś jest nie tak.



Kontrolne wyniki przed wizytą u lekarza, odebrałam je z radością że w końcu odstawię leki. Jakież było moje zaskoczenie, wcale nie pozytywne, gdy ujrzałam na kawałku papieru że moje TSH jest dużo niższe niż być powinno. Lekarz zalecił ponowne wykonanie badań po kilku tygodniach i odstawienie leków. Kolejne pocieszenie, że wracam do siebie po okresie ciąży. 
Zrobiłam te badania po 3 tygodniach, czułam się już dużo lepiej. Kolejny cios zadał mi ten kawałek papieru z wynikami. TSH podwyższone niemal 30to krotnie, przy normie 2,5 dla mojej osoby wynik wynosił 69. Szybki telefon do przychodni, umawianie wizyty u endokrynologa, wynik podkreślony grubą czerwoną kreską z wielkim wykrzyknikiem i zapiskiem bym szybko udała się do lekarza. Reszta parametrów również pozostawiała wiele do życzenia. 



Po kilku wizytach miałam już unormowane wyniki, diagnoza końcowa to choroba Hashimoto. Trochę długą drogę przeszłam do ostatecznej diagnozy, mój organizm tak szalał że nie było łatwo określić co mi dolega.Trafiłam na mądrego endokrynologa, takiego z powołania który leczy pacjenta  a nie jego wyniki z tych świstków papieru z dziwnymi cyferkami.


Nie takiego końca się spodziewałam, byłam wściekła że spotkało to właśnie mnie. Wiedziałam mniej więcej co to dla mnie oznacza. Niedoczynność tarczycy w pakiecie dawało mi popalić. Sucha skóra, wypadające włosy, problemy trawienne, spadki nastroju, mgła mózgowa a najbardziej dobijała mnie waga która magicznie stanęła w miejscu. Od tej pory ten nieproszony gość został ze mną. Po fazie szoku przyszedł czas walki. 


Chciałam zwalczyć objawy, stosowałam diety eliminacyjne gluten i nabiał, które pomogły i dziś nie muszę się ograniczać, ale nic nie pomogło mojej wadze. Minął rok od porodu, pół roku diet a ja czułam się dużo lepiej, cieszyłam się że nie mam objawów z strony urodowej, a waga jak się zaklęła tak nie chciała się odczarować. Stosowane suplementy na włosy paznokcie, selen, cynk, wit d3, i inne poprawiły mój wygląd zewnętrzny. W środku, do dziś zresztą, w dalszym ciągu nie jestem tak skupiona jak kiedyś. Zapamiętywałam numery telefonów w mig, rejestracje samochodów, daty, pamiętałam o ważnych uroczystościach. Teraz wszystko muszę mieć w kalendarzu.


Nie chcę robić z siebie ofiary, choć mam wrażenie że dużo osób lekceważy problemy tarczycy, raczej spotykamy się z lekką aprobatą. Bierzesz rano swój hormon szczęścia i wszystko gra, nic przecież się nie dzieje, bo wyniki są w porządku. Te super wyniki nie zawsze oznaczają, że my sami czujemy się super.







Ja walczę, a raczej pogodziłam się i zaakceptowałam. Zmieniłam styl życia, nadal nad nim pracuję. Sądzę że odnalazłam sposób na siebie, sposób na to by żyć z Hashimoto. Badam się regularnie, chodzę do lekarza. Moje Hashimoto bardzo lubi sport, dużo sportu i najlepiej cardio. Pomaga mi bieganie, a wiem że inni wolą pilates czy tylko spacery. Jeszcze bardziej lubię spać, rano ciężko mi zrobić ten pierwszy krok. Moja twarz często jest spuchnięta, ale od jakiegoś czasu z tym też jest lepiej. Odkryłam że służą mi 3 posiłki dziennie, że nie mogę jeść ukochanej czekolady która przecież ma serotoninę to powinna dawać mi chwilę szczęścia. Pokonuję stres, który nie służy nikomu, a tym bardziej komuś komu tarczyca odmówiła posłuszeństwa. Szukam sposobu na odporność, choć to jest trudne bo mój układ immunologiczny walczy z błędnie atakowaną tarczycą, wciąż nie mam na to sposobu i łapie co rusz infekcje. Nadal nie piję rano kawy, a najpierw biorę tę małą białą tableteczkę, odczekuję pół godziny. Ciepła woda z cytryną, potem już standardowo kawka bo noce nadal są nieprzespane. 



Nie traktuje choroby jak wroga, staram się zrozumieć dlaczego i kiedy zaczęło się coś dziać. Szukam rozwiązania zagadki, uczę się, szukam rzeczy które mi służą. Najbardziej cieszy mnie to, że wracam do dawnego wyglądu wysportowanej dziewczyny, choć kosztuje mnie to 2 razy więcej pracy niż wcześniej. Cieszy mnie też to, że jestem szczęśliwa, odnalazłam swoje szczęście i mam na nie sposób. 


A Ty? Znasz kogoś kto boryka się z podobnymi problemami jak ja? Niestety jest ich coraz więcej. Powiedz mu coś miłego, spytaj jak się czuje. Wbrew pozorom to nie jest tak, że wymyślamy (choć nie mówię że nie ma osób które lubią więcej uwagi).
Chcecie więcej takich wpisów? Dajcie mi znać w komentarzu!

10 grudnia

10 grudnia

Bieganie zimą. Dlaczego ja chcę to robić?

Bieganie zimą. Dlaczego ja chcę to robić?
Mówią że najlepiej budować siłę biegową zimą. Dlaczego? Po co? Jak? A co z smogiem? Z tym ostatnim pytaniem nie mam większego problemu. Tu gdzie mieszkam nie ma problem z smogiem nie jest tak zaawansowany. Biegam po terenach leśnych, a tu jest świeże powietrze. Nie wiem czy biegałabym zimą w dużym mieście, z pewnością są jakieś sposoby na smog. Można też potraktować bieganie inaczej, lub zastosować inne formy aktywności na czas mrozów.


Dziś ten tekst dedykuje tym, którzy podobnie jak ja, zaczynają swoją biegową zimę! To będzie moja druga zima, jednak ta będzie inna. Nie mam tej formy co kiedyś, z drugiej strony w niczym mi to nie przeszkadza.






Przed przerwą w bieganiu (czasu ciąży i roku po niej) przenosiłam się na zimę w swoją małą domową siłownię. Ćwiczyłam w tym czasie z hantlami, gumą treningową, piłką do fitnessu. Odpalałam wszelkie treningi na płytach jakie miałam w domu. Dwa razy w tygodniu robiłam dobre cardio, by choć odrobinę poczuć to zmęczenie charakterystyczne dla biegania.

Przemogłam się w trzecią zimę. Pogoda była wtedy łaskawa. Mrozy w granicach kilku stopni, częsta plucha, śniegu bardzo mało. Już wtedy było mi ciężko wyjść, oczywiście że wolałabym zostać pod kocem. Poprzednie lata pokazały mi że moja wydolność szybko spada. Strach miał wielkie oczy, a po kilku minutach biegu czułam się bardzo dobrze. Z pewnością pojawią się komentarze po co to robię, dlaczego się męczę, jaki to ma sens biegać w mrozie bo smog, bo śnieg wszędzie czy ślizgawica. Nie mam takiego podejścia że muszę wyjść i koniec. Oczywiście biegamy wtedy gdy pogoda na to pozwala, nie wyjdę z domu w śnieżycy. Tak samo nie jest rozsądne biegać przy temperaturze niższej niż 10 stopni na minusie i wielkim wietrze gdzie odczuwalnie mamy - 20 stopni. Liczę na kolejną łaskawą zimę, a jeśli nie to nic straconego!


Mogłabym od razu schować buty i wyjąć je w marcu. Jednak nie chcę tego robić, zima jest idealnym czasem na zbudowanie bazy biegowej! Pomyśl chwilę. Jaki jest sens bym, kiedy dopiero kończę marszobiegi, przestała właśnie teraz? Wszystko stracę, to co wypracowałam do tej pory pójdzie się gonić. Z drugiej strony mogą pojawić się głosy że ech co ze mnie za biegacz jak sobie maszeruję czasem, lepiej zbudować formę od nowa na wiosnę skoro nie jestem jakaś zaawansowana. Z swojego doświadczenia wiem ile pracy kosztuje powrót na biegowe ścieżki, i na ten moment w którym jestem każdy tydzień wolny bardzo mnie osłabia. Na zewnątrz jeszcze jest znośnie, a na trening też da się ubrać tak bym nie zmarzła.


Zima stawia nam wyzwania. Nie chodzisz na spacery tak samo jak latem, nie podbiegniesz z lekkością do sklepu po chleb. Tak samo jest z bieganiem. To dobry czas na spokojne plotobiegi, dłuższe wybiegania w wolnym tempie. To jest coś czego potrzebuję! Myślę że nie mogło lepiej się złożyć że wkraczam na nowy poziom właśnie teraz.

Zimą mogę spokojnie truchtać, nawet po śniegu, robić podbiegi które wzmacniają nogi. Na interwały, ściganie się przyjdzie czas wiosną. Dzięki przebieganej zimie będę gotowa na te interwały!




Idealne warunki




Kiedy spadnie śnieg, czy ścieżki są śliskie trudno o szybkie pokonywanie trasy. Owszem da się to zrobić na odśnieżonym asfalcie, na bieżni na stadionie czy na siłowni. Warto wykorzystać trudne warunki i budować formę na resztę roku.
Bieganie po śniegu nie tylko wzmacnia nogi, w śniegu ciężko się chodzi a co dopiero biega! Nie mówię by wydeptywać ścieżki, na wydeptane też są idealne. Dodatkowo pracujemy nad stabilizacją.
Nawet deszczowy dzień sprawia że biegniemy wolniej, ale za to można biec dłużej. Chłodne temperatury sprawiają że nasze siły tak szybko się nie wyczerpują jak latem gdy za oknem mamy ponad 20 stopni, a nawet więcej.



Chcesz biegać szybko - najpierw musisz mieć siłę



Chciałabym biegać tak jak kiedyś. Wiem ile pracy to kosztuje. By biegać szybko najpierw trzeba wyrobić siłę, tu nie chodzi o to by szybko pokonać kilometr i skończyć. Chcę mieć siły na kilku kilometrowe trasy, nawet na kilkadziesiąt kilometrów.


Jak zbudować siłę biegową



Najpierw siła, potem szybkość. Do zbudowania siły, szczególnie zimą gdy nie zawsze atmosfera nam sprzyja, nie potrzebujemy biegać codziennie. 3 treningi w tygodniu wystarczą. Do tego dwa do trzech treningów uzupełniających,  w domu czy na siłowni. To jest wystarczający plan tygodnia.




  • Biegaj na śniegu. To nie jest łatwe, ale nic co jest łatwe nie przynosi efektów długofalowych. Nogi będą boleć, szybciej się zmęczysz. Nie trzeba od razu całej trasy pokonywać na białym puchu, na początek starczy kilka set metrów w kilku powtórzeniach. Upór się opłaci.
  • Do treningu dorzuć podbiegi. Poszukaj niezbyt stromej, około 100 metrowej górki. Najlepiej gdyby ta górka była pod koniec lub na sam koniec trasy. Ja mam taką górkę pod domem. Wbiegasz na górę i truchtasz na dół. Na początku nie pędź jak szalony, spokojnie podbiegnij i zbiegnij. I tak 5 razy. Po kilku treningach dokładaj jeden podbieg więcej i pobiegnij troszkę szybciej. Pamiętaj że zbiegając masz czas na złapanie tchu. Odwiedzaj tą górkę raz w tygodniu. 
  • Postaraj się choć jeden trening pobiegać dłużej, godzinka wystarczy. Nie pędź tylko spokojnie potruchtaj, nawet weź z sobą kolegę i koleżankę i pogadajcie przy okazji.
  • Popracuj w domu nad brzuchem. Głównie mięśniami głębokimi brzucha. Poćwicz z hantlami, a nawet butelkami z wodą. Guma treningowa też jest świetna dla wzmocnienia nóg. Zainteresuj się martwymi ciągami, wykrokami, zakrokami, plankami. Świetne będzie trenowanie na niestabilnym podłożu np. piłce bosu czy tej dużej do fitnessu. Dobrym pomysłem jest też wybranie się na basen. 



Co ubrać na zimowy trening








Najlepsza jest dobra babcina zasada na cebulkę. W sieci można kupić dobre ubrania za niską cenę (np. kolekcja Kalenji dla Decathlon). Moim must have na zimę są:



  • ocieplane długie leginsy
  • koszulka funkcyjna oraz bluza
  • czapka lub opaska na głowę
  • szalik
  • kurtka wiatrówka a nawet softshell się nada, polecam takie rozwiązanie jeśli macie kurtkę typu softshell w domu nie musicie (bynajmniej na początek) kupować profesjonalnej kurtki. Przebiegałam w softshellu jedną zimę, u mnie sprawdziło się takie rozwiązanie i w tej kurtce przebiegnę kolejną. 
  • rękawiczki 
  • skarpetki długie najlepiej podkolanówki gdy jest mroźno, a co najmniej takie do połowy łydki

Swój strój miksuj tak żeby w razie potrzebny ściągnąć jedną warstwę i przewiązać ubranie w pasie. Zachęcam by w miarę możliwości ubrania były przeznaczone do uprawiania sportu. Kto by chciał być chory po jednym treningu z powodu przewiania ;) pamiętaj o zasadzie zawyżania temperatury na zewnątrz o około 10 stopni.






  1. Legginsy do biegania ocieplane Kalenji (Decathlon) klik
  2. Bluza do biegania run warm Kalenji (Decathlon) klik
  3. Buty do biegania Nike Air Zoom Pegasus 35 klik
  4. Biustonosz sportowy z fiszbinami Only Play klik
  5. Opaska sportowa do biegania Nike Run
  6. Kurtka wiatrówka do biegania Kalenji (Decathlon) klik
  7. Opaska wielofunkcyjna Kalenji (Decathlon) klik
  8. Rękawiczki do biegania Kalenji (Decathlon) klik

Z całego zestawienia najdroższe są buty oraz biustonosz, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Pamiętaj że zarówno biustonosz jak i buty należy dobrać pod siebie! Nie musisz kupować modeli które mam, nawet tej samej firmy. Sklepy oferują ogromny wybór dobrych butów. 




Zima nie musi być taka straszna jak ją malują. A w razie srogiej zimy (którą podobno przepowiada pewien znany jasnowidz) zawsze można poćwiczyć w domu lub wybrać się na siłownię i pobiegać na bieżni ;) oj, jednak mam nadzieję że uda mi się zrealizować swoje plany. Trzymajcie za mnie kciuki! A może ktoś dołączy do mnie? :) Wystarczy dobre ubranie na cebulkę i jazda!

02 grudnia

02 grudnia

Książki które przeczytałam (prawie) w listopadzie.

Książki które przeczytałam (prawie) w listopadzie.
Jesień sprzyja czytaniu książek. Wieczory są dłuższe, więcej czasu spędzamy w domu. Z chęcią robimy herbatkę a do niej najbardziej lubię chwycić książkę. Niestety jako mama dwójki nie mam tyle czasu na czytanie co wcześniej, jednak staram się czytać choć 10 minut dziennie. Czasem ratują mnie e-booki, które można czytać wszędzie, choć przyznam że najbardziej lubię papierową wersję.





W tym miesiącu swój czas na czytanie poświęciłam czterem książkom, z czego jednej niestety nie dokończyłam, pomyślałam że jednak już o niej napiszę. Dwie książki, a właściwie trzy z nich są kobiecymi książkami. Jedna z nich jest nietypowym poradnikiem o którym pisałam tutaj (klik). Dwie są powieściami pisanymi dla kobiet, pierwsza mojej ulubionej autorki Magdaleny Witkiewicz, druga zaś biegającej blogerki Anny Szczypczyńskiej Panny Anny, jej losy i wpisy śledzę od dawna! Ostatnią książką której jeszcze nie dokończyłam, jest poradnik dla blogerów od Jasona Hunta (klik). Można więc powiedzieć że pół miesiąca relaksowałam się, a drugie pół edukowałam. Zaczniemy więc od przyjemniejszej części, choć nie mówię że reszta książek jest zła!




Magdalena Witkiewicz "Szczęście pachnące wanilią"











Przyznam się bez bicia, ta książka trafiła do mnie latem. Przeczytałam kilkadziesiąt stron i całkiem o niej zapomniałam! Wpadła mi w ręce przy porządkach, od razu zabrałam się za jej dokończenie. Właściwie to przeczytałam ją od nowa, po tylu miesiącach mieszały mi się postacie jak i cała historia. 

Magdalena Witkiewicz, kurczę jak ja lubię jej pióro! Z każdą książką chcę więcej, mimo że autorka ma swój styl, pisze o kobietach jednak każda historia jest wyjątkowa i wciąga tak samo. Na okładce przeczytamy "Słodko-gorzka opowieść o spełnionych marzeniach". Całym sercem polecam ten tytuł mamom, bo w dużej mierze to im dedykowana jest ta książka. Na stronach książki przeczytamy o trudach macierzyństwa, złamanych sercach, problemach nie tylko z poziomu macierzyństwa ale też o pustym portfelu. W tytule książki mowa jest o wanilii, mamy słodki-gorzki wątek cukierniczy. 

Ada, otwiera na Gdańskim osiedlu cukiernię, która nie przynosi jej fortuny. Bohaterka ma również małego synka, którym opiekuje się niania, a Ada piecze słodkości i popisowe torty po nocach. Jej kłopoty rosną, jest samotna w swoim macierzyństwie, nie ma nikogo kto by jej pomógł. Do cukierni wpadają dwie inne kobiety, szukające pocieszenia. Niania Ady odchodzi do innego dziecka, ona wstawia kojec i zabawki do cukierni. Tym zbiegiem okoliczności rodzi się nowy pomysł na biznes, miejsce spotkań innych kobiet przy pachnących babeczkach, dużej latte i śmiechu dzieci bawiących się w kawiarnio-klubiku dla dzieci.
To historia o kobietach które szukają swojego szczęścia, z pozoru bardzo normalna i powszechna jednak potrafi podnieść na duchu. Trzy kobiety na życiowych rozdrożach, starsza pani która chce pomóc szczęściu, ale czy to szczęście pachnie wanilią?




Anna Szczypczyńska "Dzisiaj śpisz ze mną"









To druga książka Panny Anny. Całkowicie inna od pierwszej, wszak pierwsza jest o bieganiu. Obserwuję Anię od dawna, nie raz pokazywała na swoich profilach że bardzo lubi pisać. Cieszę się że dostała szansę wydania książki, która nie jest stricte związana z tym co robi. 


"Dzisiaj śpisz ze mną" to powieść o prawdziwych uczuciach, o gorącej miłości, młodocianym pożądaniu a także chwili słabości. Szczypta erotyzmu, który sprawia że czytałam ją jednym tchem. Napisana lekkim, nowoczesnym stylem, także cała akcja ma miejsce w czasach współczesnych, w Warszawie. Moim zdaniem jest to lekka książka, która umili wieczór, a góra dwa wieczory. Bardzo wciąga, a na policzkach maluje róż!

Nina, główna bohaterka mam wrażenie, a może nie wrażenie a jednak wiem że jest inspirowana samym życiem autorki. Nie wiem czy w każdej kwestii, jednak tak jak Ania, Nina lubi biegać, pracuje w korporacyjnej redakcji, również lubi zdrowo się odżywiać i kocha czytać książki. Spodobała mi się ta postać, mimo tego lekkiego podobieństwa, miło czytało się o aktywnej kobiecie która jest panią redaktor serwującą na śniadanie swoim córkom bananowe pankejki. 
Nina jest mamą, żoną, panią redaktor, jej życie jest pozornie uporządkowane. Nagle w jej życiu pojawia się Jan Ogiński, intrygujący, szarmancki, czyta książki które one kiedyś czytała. Mężczyzna budzi w niej dziewczynę z dawnych lat, gdy mogła szaleć, oddawać się beztroskom życia które minęły wraz z rolą żony i mamy. Nina staje przed trudną decyzją. Czy warto poświęcać swoje dotychczasowe życie dla kiełkującego w niej uczucia? W jesiennej aurze stolicy musi zmierzyć się z dawno zapomnianą szaloną i namiętną przeszłością, którą przeżywa na nowo. 
Powieść podzielona jest na trzy przeplatające się części : Namiętna i szalona przeszłość z Kamilem, teraźniejszość w roli mamy i żony oraz nieoczekiwany rozwój znajomości z stażystą pracującym w tym samym miejscu. W Ninie budzi się kobiecość, namiętność, Jan burzy jej spokój a ona wzbrania się przed nową znajomością. 




Ola Budzyńska "Jak zostać panią swojego czasu?"










O tej książce pisałam już tutaj (klik). Poradnik pisany przez kobietę dla kobiet. Nie jest to zwykły poradnik, nie jest pisany poradnikowym stylem a w środku nie znajdziecie rad które nijak zmienią wasze życie lub takich urwanych z choinki. 


Ola rozprawia się z wizerunkiem kobiety-matki umęczonej życiem i obowiązkami. Wbija do głów że nie da się robić wszystkiego, że mnóstwo zadań wykonanych po każdy po trochu nie jest powodem do dumy i przechwałek "Zobacz ile zrobiłam!". Ola uczy kobiety jak delegować zadania, jak stawiać sobie cele, jak zorganizować swój czas by wykorzystać go na 100%. Czytając tę książkę od razu zaczęłam zmiany w organizacji, pragnęłam planować z głową. Uczę się nie narzucania sobie zbyt dużo, uczę się dostosowywać zadania do czasu jaki posiadam na ich wykonanie. Wszystko na swoich własnych zasadach, skrojonych pod siebie. 

Cenię Olę za jej działalność w sieci, potrafi porwać tysiące kobiet do działania! Jej limitowane edycje planerów sprzedają się w moment, a od niedawna możemy pić kawę sygnowaną firmą Pani Swojego Czasu. 





Jason Hunt "Bloger i social media. Edycja 2017"











To jest ta pozycja której jeszcze nie przeczytałam. Postanowiłam ją jednak już opisać, bo to nie jest książka którą przeczytasz raz i z głowy. Z tą książką wiąże się ogrom pracy, wdrażania rad w życie, analizowania swoich działań w sieci. Może to głupie pisać tutaj o poradniku jak być blogerem, a może komuś taka wzmianka będzie potrzebna, czy po prostu przydatna. Nie wiem ile osób nigdy nie słyszało o autorze, ja przez ogrom lat jego pracy również o nim nie słyszałam. Obserwując inne profile trafiłam na "33 pytania" to takie jakby wywiady na żywo z innymi blogerami/działaczami w sieci. Uczestniczką była Fashionelka, stąd z ciekawości zerknęłam kim jest ten łysy facet który zadaje pytania i co on właściwie robi, weszłam na jego profil na Instagramie. Trafiłam na bloga, zapisałam się na newsletter. Jason Hunt bloguje o stylu życia, w zabawny i charakterystyczny sposób, przeczytajcie choć jeden jego wpis lub zobaczcie co robi na instagramie. Ten łysy facet szkoli blogerów, ma kilka książek o blogowaniu, szkolenia Masterclass dla blogerów. Jego lata pracy w tym obszarze, ciężkiej pracy ale bardzo skutecznej, spowodowały że wydał ten poradnik. Posiadam uaktualnioną wersję, wcześniejsza ma tytuł "Bloger." Dla mnie jest to książka autorozwoju, pisząc bloga chcę poznać ten świat od podszewki. Nie znajdę tutaj klucza do skrzyni z skarbami, a jedynie pozwoli mi ona obrać właściwy dla siebie kierunek. Nie wstydzę się napisać że czytam taki tytuł, nie jestem alfą i omegą, uważam że jeśli istnieje coś, co rozwinie nas w obszarze w którym działamy jest warte uwagi. 


Sam tytuł książki dużo nam zdradza o czym ona jest. Znajdziemy w niej rady zaczynając od nazwy bloga, platformy na której ma być, domeny, jak pisać teksty, co ile je publikować, jak wzruszyć czytelnika, co zrobić by z nami został. Znajdziemy tam również mnóstwo informacji o tym jak prowadzić nasze social media, gdzie warto być. Jason podkreśla jednak by blog był najważniejszy, bo to jest nasze miejsce. Potocznie jest nazywana biblią blogera.  Zgodzę się z tym, bo ogrom informacji jaki otrzymujemy i sposób w jaki są one napisane powoduje że ta książka to unikat. Nie dobrnęłam jeszcze do końca, wymaga skupienia przy czytaniu, a nawet zakreślacza, zeszytu ołówka pod ręka dla notatek. Od kilku rozdziałów przerzuciłam się na wersję elektroniczną, bo taką dostajecie w pakiecie przy zakupie książki. To jest strzał w dziesiątkę.





To tyle na ten miesiąc! W grudniu dokończę Hunta, oraz zabieram się na lekką zmianę gatunku. Za miesiąc opowiem Wam jakie książki wybrałam. 

01 grudnia

01 grudnia

Pomysł na szybkie i sycące śniadanie

Pomysł na szybkie i sycące śniadanie
Zostało mi trochę kaszy jaglanej z wczorajszego obiadu. Miałam też banana i trochę rozgrzewających przypraw. Pomyślałam że po ponad 4 tygodniach unikania potraw w wersji słodkiej, zrobię sobie takie śniadanie na słodko. Jego przygotowanie jest banalne, a wbrew pozorom koktajlem można się nasycić. Taki koktajl robię gdy nie mam ochoty stać przy kuchence od rana.








Śniadaniowe smoothie



  • pół woreczka (50g) ugotowanej wcześniej kaszy jaglanej
  • 1 mały banan
  • 3/4 szklanki mleka
  • szczypta cynamonu, kardamonu i imbiru
  • łyżeczka wiórków kokosowych
  • łyżeczka syropu klonowego lub miodu

Wszystkie składniki wkładamy do blendera i mieli na gładką masę. 

Jeśli nie macie ugotowanej kaszy możecie użyć np płatków jaglanych lub owsianych, ale zalejcie je gorącą wodą na 5-10 minut by napęczniały. 

Do takiego koktajlu możecie dodać swoje ulubione dodatki, nie musi to być banan a np. dobrze smakuje z jabłkiem i większą ilością cynamonu. W sezonie letnim do takiego koktajlu dodaje borówki, truskawki, maliny. Można użyć mrożonych owoców, a koktajl będzie smakował niczym lody. 




Smacznego szybkiego śniadania ;)







29 listopada

29 listopada

Listopad. Sportowe podsumowanie miesiąca.

Listopad. Sportowe podsumowanie miesiąca.
Przedostatni miesiąc 2018 roku był dla mnie najbardziej intensywnym miesiącem treningowym. Gdyby nie moje dwie niedyspozycje miałabym tylko 6 dni wolnych od treningów! W planach było trenowanie nawet 6 razy w tygodniu, z większością treningów domowych nad bieganiem. Zapraszam na pierwsze podsumowanie miesiąca.

Początek miesiąca nie był dla mnie dobry, miałam zapalenie dziąsła, które zaczęło się już pod koniec października. Treningi rozpoczęły się w pierwszy poniedziałek miesiąca.







Patenty Sports Mamy - treningi w domu




W listopadzie skupiona byłam na wyzwaniu w którym brałam udział. Wyzwanie, a raczej patent walczący z boczkami, który wymyśliła Ola Pierończyk - SportsMama (klik). Trwa on 10 dni, bez weekendów, z możliwością kontynuacji, u mnie trwał 15 dni. Po 15 dniach przeszłam na kolejny patent Oli, tym razem na uda i pośladki który możecie obejrzeć sobie tutaj (klik). Patentu na boczki niestety już nie ma w sprzedaży, ale to nic straconego. Drugie wyzwanie daje mocniej popalić a redukcje cellulitu macie w pakiecie! Kupno patentu nie jest dużym wydatkiem (69zł).

Cały patent polegał na całkowitej eliminacji cukru, co oznaczało nie tylko pożegnanie z kupnymi słodyczami. Za zadanie miałam nie jeść owoców, dozwolone było jabłko dziennie. Z jadłospisu miałam wykluczyć wszelkie słodkie potrawy, co oznacza że pożegnałam się z owsiankami, plackami bananowymi, jaglankami a nawet tym tym pysznym ryżem (klik). Do tego picie wystarczającej ilości wody (1,5-2 l) co w sezonie jesiennym jest nie lada wyzwaniem, bo wolę raczyć się herbatą czy kawą niż szklanką wody, a ponad to rano wypijałam wodę z cytryną.
Podstawą odżywiania były warzywa, różnorodnie podane, miały zajmować najwięcej miejsca na moim talerzu. Wszelkie przekąski, gotowce, niezdrowe potrawy były zabronione. Posiłki miały być zdrowe, bez białego chleba, bułeczek, białego makaronu czy ryżu. Na kolacje jadłam sałatki, w przeróżnych kombinacjach.










Wśród biegaczy jest takie powiedzonko
Biegam by jeść więcej ciastek.

Przyznam że baaaardzo lubię ciastka i słodycze, a słodkie śniadania królowały na moim stole od lat. Tak naprawdę to Ola pierwszy raz w życiu zadziałała na mnie tak swoim patentem, że naprawdę nie miałam ochoty na słodycze i co najlepsze ja się nie złamałam do dziś! Przywołując sobie w myślach to powiedzonko biegaczy przez cały czas wmawiałam sobie, a co tam ta jedna kostka czekolady do kawy, czy malutki wafelek albo ciasto z ulubionej cukierni. Tak samo z słodkimi śniadaniami, kurcze no myślałam że przecież ja jem zdrowo! No może i zdrowe te śniadania były, jednak ta porcja cukrów w różnej postaci znacznie przekraczała moje potrzeby dzienne! Nie używam białego cukru do śniadań, ale często jadłam banany, do owsianki dolewałam syrop klonowy czy polewałam nim placki i lałam tego sporo. W chwilach grozy piłam kawę z mlekiem, która hamowała apetyt i ochotę na słodycze. Efekty odstawienia cukru są dla mnie totalnym szokiem!


Cały patent pokazał mi i pierwszy raz dał mi taką dyscyplinę, że można jeść wytrawnie. Jak dasz mi wybór słodkie - słone ja wybiorę słodkie i tym kierowałam się dotychczas. My kobiety lubimy rzucać sobie wyzwania, mówimy rzucę to, nie będę jeść tego. Jestem dumna z siebie że pierwszy raz udało mi się! W weekend mogłam pozwolić sobie na cheat meala (oszukany posiłek), upiekłam więc zdrowe banoffee z spodu owsianego, kremu z daktyli i śmietanki kokosowej. Widzielibyście wtedy moją minę, smakowało mi to samym lukrem i zjadłam malutki kawałek. Dodatkowo 5 a nawet 6 dni treningowych jest dla mnie optymalną ilością. Dobrze wiem, że mój organizm potrzebuje bardzo dużej dawki sportu, by wyrobić formę.






Ale do brzegu, miło być o treningach.Trenowałam w czasie drzemki córki, najczęściej wykonywałam 3 bloki, w ostatnim tygodniu wykonywałam głównie 1 blok ćwiczeń.
W patencie miałam za zadanie:


  • ćwiczyć od poniedziałku do piątku - czyli 5 dni treningowych
  • robić porządną rozgrzewkę i rozciąganie
  • mój trening właściwy był podzielony na bloki, miałam wykonać minimum 1 blok a najlepiej 3 bloki gdzie jeden trwał 15 minut
  • weekendy miałam wolne lecz jeden dzień poświęcałam na bieganie
  • jeden trening w tygodniu był w formie tabaty (krótki trening a zarazem mega intensywny, trwa 4 minuty) - do tabaty dokładałam bieganie

Treningi były codziennie inne, 10 kompletnie różnych treningów. Nie powtórzyło się nic! Tu wielkie ukłony dla SportsMamy, że tak to wymyśliła. Do trenowania potrzebowałam hantli. Pamiętam doskonale pierwszy dzień, gdzie lekką ręką i nogą robiłam to co trzeba, wykonałam 3 serie i myślałam sobie och tam takie machanie łatwiejsze niż Chodakowska. Po godzinie żałowałam tych słów, bo nie byłam w stanie zejść do samochodu. Zakwasy minęły mi po 4 dniach, a ja bardzo polubiłam treningi z hantlami. 

Ich skuteczność potwierdziły mi moje efekty, w dwa tygodnie straciłam 

  • 3,5 kilograma
  • 4 cm z obwodu brzucha (w linii pępka) 
  • 3 cm z obwodu ud (w najgrubszym miejscu)
Po kolejnym tygodniu waga wskazała kolejne 1,5 kg mniej i po 2 cm mniej w obwodach. 


Łącznie wykonałam 12 treningów z Pierońskich Boczków - ostatni tydzień był dla mnie intensywny pod innymi względami więc nie trenowałam zbyt wiele. 4 razy wykonałam 3 bloki, 2 razy dwa bloki i 6 razy jeden blok w tym dwie tabaty.






Bieganie




Nie da się być wszędzie i robić wszystkiego naraz. Nie jestem też wyczynowcem, więc zaczynając patent na boczki wiedziałam że bieganie pójdzie w lekką odstawkę. Tutaj będzie krótko, bo wykonałam jedynie 6 treningów:







  • łącznie 23 kilometry
  • łącznie 3 godziny, 8 minuty i 47 sekund
  • średnio 3,83 km na jeden trening
  • pobiłam swój rekord na 3 km - 23:16 - lepszy o 33 sekundy
  • pobiłam swój rekord na 1 milę 11:46  - lepszy o 20 sekund
  • pobiłam swój rekord na 1 kilometr 7:06 - lepszy o 40 sekund

Gdyby nie moje niedyspozycje z pewnością bieganie wyglądałoby lepiej. Miałam plan zakończyć marszobiegi, niestety uda mi się to dopiero w grudniu o ile moje plany nie spalą się panewce przez kolejne przeziębienie. Biegałam co 2-3 dzień, w drugim, trzecim oraz czwartym tygodniu miesiąca. Nie udało mi się osiągnąć wyników jakie bym chciała, czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy ale to bardzo mnie cieszy! 


Końcówka listopada widnieje pod znakiem przeziębienia. Od jutra startuje z drugim wyzwaniem - patentem więcej informacji tutaj (klik). Właściwie w tym patencie jestem od 26.11, lecz nie trenuję przez to paskudne przeziębienie. Treningi wznawiam już dziś (czwartek 29.11)







Plany na grudzień




W grudniu przez pierwsze jego dwa tygodnie będę kontynuować patent na uda, planuję wytrwać 15-20 dni. Formalnie patent trwa 10 dni, jednak Ola mówi że nogom należy poświęcić więcej czasu dlatego na te partie lepiej jest poświęcić więcej czasu. Zasady drugiego patentu są takie same jak dla boczków, stąd wiem czego się spodziewać. Treningi są zupełnie inne, oprócz hantli potrzebna jest guma do ćwiczeń. Kolejny raz na każdy dzień mamy inny trening. Ola dużo mówi o patencie na swoim instagramie tutaj klik w jej profil. Myślę że 69 zł za rozpiskę żywieniową, pakiet cellulitowy, mnóstwo motywacji, tajną grupę na FB (na której również jestem i motywuję) do wspierania się w tym wsparcie od samej Oli, codziennie inny trening to nie jest duża kwota. W przedsprzedaży cena patentu była inna, udało mi się załapać na dużo niższą cenę. Mimo to, wiem że te 69 zł jest ekstra kwotą za całość jaką otrzymujecie! Na social mediach Sports Mamy możecie zobaczyć efekty uczestniczek patentu. 


W bieganiu chciałabym zakończyć marszobiegi. Dużo mi nie brakuje, byłam w stanie już przebiec 25 minut bez przerwy, pokonując przy tym prawie 3,5 kilometra. Planuję wprowadzić nowe elementy treningowe, na które poświęcę osobny wpis. Zmieniłam również swoją odzież biegową na bardziej zimową, postanowiłam lepiej się przygotować na czas mrozów. Trudniejszy czas będzie ten około świąt, nie łudzę się i nawet nie chcę trzymać diety w święta, ale chcę zachować umiar i rozsądek. Mam też nadzieję że treningowo ten czas będzie korzystny dla mnie. 





27 listopada

27 listopada

Rozgrzewający krem dyniowy

Rozgrzewający krem dyniowy
Sezon na jesienne warzywa wciąż jest w pełni. W chłodne dni warto postawić na rozgrzewające potrawy,  a sezonowe produkty dają nam bogactwo swoich witamin, świeżość oraz bogaty smak. Miałam w domu dynię piżmową, postanowiłam zrobić z niej zupę krem. Wiem, że zupa dyniowa kojarzy się z mdłym smakiem, trudno jest nadać dyni głębokiego smaku. Postanowiłam odczarować tę potrawę, zrobić ją w nieco inny sposób. Efekt jest powalający!






Chciałam wydobyć inny smak zupy, nieco pikantny i wyrazisty. W lodówce miałam kawałek batata, z którego dzień wcześniej robiłam frytki. Nie lubię w kremach kasz czy makaronów, a chciałam dodać coś co zagęści zupę. Zdecydowałam się na pospolitego ziemniaka. Do tego podsmażona na rumiano cebulka, odrobina czosnku i nieco inna kompozycja przypraw.

Wybrałam inną metodę obróbki warzyw, nie gotowałam ich a upiekłam, i to dość mocno, w piekarniku! Uzyskałam efekt jakby grillowanych, mocno spieczonych warzyw, momentami lekko przypalonych. I to dało ten zupełnie nowy smak! Koniec z mdłą zupą dyniową!





Składniki:



  • mała dynia piżmowa
  • 1/4 batata
  • 2 duże ziemniaki
  • 1 duża cebula
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 500 ml wody
  • 100 ml mleczka kokosowego z puszki
  • 1/2 łyżeczki czerwonej papryki
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 1 łyżka płatków drożdżowych (opcjonalnie)
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa do posmarowania warzyw



Wykonanie:




  • Dynię kroimy w plastry z skórką, ziemniaki obieramy i kroimy na 4 części, 1/4 batata zostawiamy w całości z skrórą. Wykładamy warzywa na blachę piekarnika wyłożonej papierem, polewamy oliwą i solimy. Piekarnik ustawiamy na 200 stopni z termoobiegiem. Pieczemy warzywa 30-40 minut aż będą mocno rumiane.
  • Cebulę kroimy drobno, czosnek przeciskamy przez praskę lub siekamy. Smażymy cebulę na oleju, najlepiej w garnku, na złoty kolor i dopiero gdy cebula jest gotowa wrzucamy na chwilę czosnek. Pilnujemy by czosnek nie zrobił się brązowy.
  • Wyciągamy warzywa z piekarnika, obieramy z skóry dynię i batata. Kroimy na mniejsze części. Wrzucamy do garnka z cebulą i czosnkiem i chwilę smażymy. 
  • Zalewamy warzywa wodą, dodajemy przyprawy i gotujemy około 3 minuty. Dolewamy mleczko kokosowe i blendujemy na gładką masę. 


Gotową zupę podajemy z poszarpaną mozzarellą lub pestkami dyni.



24 listopada

24 listopada

Mama ma relaks: Jak zadbać o cerę gdy trenujesz

Mama ma relaks: Jak zadbać o cerę gdy trenujesz
Pielęgnacja cery spędza wielu kobietom sen z powiek. Szukamy swoich ideałów, własnych sposobów, podążamy za trendami i nowinkami na półkach. Wszystko po to by mieć piękną i promienną cerę. Makijaż wykonywany codziennie nie zrobi nam wielkiej krzywdy, jeśli tylko odpowiednio zadbamy o cerę, a potem odpowiednio go zmyjemy. Taki make-up nie jest wskazany gdy ćwiczymy, nawet w domu, czy idziemy pobiegać. Kobiety często wstydzą się wyjść bez makijażu z domu nawet po bułki do sklepu, a dopiero pokazać się ludziom w wersji sauté. Nie myślimy zbyt wiele o tym, co mamy na twarzy, a raczej o tym by jednak to mieć, i idziemy trenować. A potem płacz, panika bo kolejny raz mamy czerwonego, okrągłego lokatora w samym centrum brody i czoła. A zatem jak przygotować cerę do treningu? Czego unikać, a co zrobić jeśli musisz mieć ten makijaż? Co robić po treningu?









Ostatnio bardzo mocno interesowałam się tematem dbania o cerę tak, by wyglądała ona jak najlepiej. Czytałam artykuły, podglądywałam co u innych blogerek, zwłaszcza urodowych, kupowałam kosmetyki i sprawdzałam jak one działają na mnie. Przyznaję że też trenowałam w makijażu, nie kończyło się to dobrze, zwłaszcza przy bieganiu. Zmądrzałam przez ten czas, olałam innych. Przecież ja biegnę szybciej niż inni idą to oni widzą mnie tylko sekundę, tak się śmieję gdy znów w głowie mam ten głosik wstydu. A tak najważniejszym punktem było odnalezienie swojego sposobu na cerę. 




Trzy ważne kroki



W swojej pielęgnacji sugeruje się radami pań z Korei. Za mną lektura "Sekrety Urody Koreanek", skrupulatnie zapamiętywałam przeczytane rady i wdrożyłam je w życie. Wskazówki te nie tylko są trafne w codziennym życiu, ale także w trakcie treningu! Generalnie Koreanki stosują 10 kroków w pielęgnacji (te 10 nie są w codzienności, wliczają się w nie peelingi, maseczki oraz wszelkie koncentraty). Kluczowe są pierwsze trzy kroki jakie powinnaś wykonać w kierunku oczyszczania cery, tak by nie ucierpiała ona gdy ty wylewasz siódme poty. Gdy się pocimy to dajemy idealną pożywkę dla bakterii, a zwłaszcza gdy mamy na sobie makijaż. Oczyszczona cera, bez make-upu ma inne pH, krótko mówiąc mniej ryzykowne dla wyskoczenia tego lokatora na czole, od tej na której masz ten make-up. Twój makijaż jest idealną pożywką dla bakterii, zapchane pory podkładem, nierzadko ciężkim podkładem i mocno kryjącym, aż proszą się o zaproszenie tego pryszcza. Sprawa jest zawalona tego makijażu nie zmyjesz, tylko np poprawisz pudrem i lecisz w świat. To najgorsza rzecz jaką możesz zrobić! Nawet użycie bibułek matujących nie jest odpowiednie, no chyba że twoim treningiem jest taniec na weselu to zupełnie inna sprawa. Jak zatem zmyć te pozostałości makijażu najlepiej jeszcze przed treningiem?







  1. Podwójne oczyszczenie twarzy. Poniekąd jest to u nas nowa moda, ale u Koreanek jest to metoda stosowana od lat! Koreanki mają piękne twarze, ich cera jest promienna, świeża i nie ma na niej wielu niespodzianek. Podwójne oczyszczenie jest u nich na piedestale dbania o skórę twarzy. Podwójne dlatego by oczyścić skórę skuteczniej. Pierwszym etapem jest płyn micelarny, a jeśli lubicie się pobawić to możecie pokusić się o użycie olejku do demakijażu. Płyn micelarny nie jest sam w sobie zły, ale bardzo ważne jest by zmyć zarówno płyn jak i olejek. Używamy do tego, pianki, żelu, płynu do mycia twarzy.
  2. Tonizowanie. Pisałam już o tym na blogu. Do niedawna nie używałam toników, uważałam to za zbędny stary sposób. Po toniku szczypała mnie skóra i była nieprzyjemnie ściągnięta. Istotną zmianą było kupienie toniku który nie ma w składzie alkoholu. Tonik za zadanie wyrównać pH skóry. Dopiero przy używaniu tego kosmetyku zauważyłam znaczną poprawę!
  3. Krem do twarzy. Najlepiej dobrze dobrany do twojej cery, taki który lubisz. Dobrze by było gdyby był bogatszej konsystencji, bardziej tłusty niż lekki i mocno nawilżający. 





Jak przygotować cerę do treningu




Zima jest wymagającą porą roku. Na dworze jest mroźno, pada śnieg lub lodowaty deszcz, często wieje zimny wiatr. Nasze zapotrzebowanie na jedzenie, ubrania, tryb życia jest zupełnie inne latem i zimą. Cera również potrzebuje innej pielęgnacji, bardziej nawilżającej, zwłaszcza jeśli biegamy na mrozie. 

Latem używam mgiełki do twarzy, i to bardzo często mi wystarczało. Możesz użyć mgiełki, takiej jaką lubisz by nawilżyć skórę ale nie zapominaj o kremie! Koniecznie musi być tłustszy, może być z lekkim filtrem. Jeżeli już naprawdę musisz nadać koloru, zmieszaj kropelkę podkładu z kremem. Uzyskasz efekt kremu BB, jednak niektóre kremy ważą się w reakcji z podkładem. Upewnij się że twój krem nadaje się pod makijaż. Taka opcja zmieszanego kremu jest o wiele lepsza niż trenowanie z podkładem na twarzy. Róże, rozświetlacze odkładamy, na treningu przecież błyszczymy się a nie pocimy, ale spokojnie od tuszu do rzęs nie musisz stronić. 

Stosowanie kremu polecam również biegającym panom, to żaden wstyd kremu przecież nie widać a po powrocie do domu unikniemy szczypiącej skóry od mrozu. 




mój treningowy must have



Polecam też kremy do rąk na czas biegania, na siłowni średnio to się sprawdzi, bo cały sprzęt będzie się ślizgał. Moje dłonie często pękają, krem chroni je przed ranami. 

I oczywiście kolejna ważna sprawa to pomadka ochronna na usta. Przydatna do treningu w domu, na siłowni, by usta nie były wysuszone. Must have na treningu na dworzu, zwłaszcza zimą! Popękane usta nie są pożądane, a do tego jak pieką! Nalegam by była to ochronna pomadka, może być kolorowa ale nie taka normalna do makijażu. Uwierz mi na słowo. Mam fajną pomadkę której używam i do makijażu, i na trening. Przy okazji przypomina mi o regularnych badaniach swoim pięknym opakowaniem. 








Po treningu ponownie wędrujemy do łazienki i stosujemy 3 kroki opisane wyżej. Jeśli macie mgiełkę nawilżającą do twarzy zachęcam do jej stosowania, zwłaszcza zimą. Teraz możesz już robić swój make-up.





Moje topowe kosmetyki













Pisałam Ci już że baaaardzo lubię triki koreanek. Mogłabyś pomyśleć że kosmetyki które są zgodne z ich zasadami są drogie. Nic bardziej mylnego! Za moje kosmetyki nie płacę wiele, zwłaszcza dwa z nich które są dla mnie hitem! 



  • Płyn micelarny CIEN - mój hit wśród płynów micelarnych! Kosztuje około 3,99 za 200 ml. Do usunięcia tuszu, a używam go sporo, wystarczy mi jeden wacik. Nie odczuwam po nim napięcia, mam wersję łagodzącą która nie szczypie w oczy ani trochę. Nie sądziłam że płyn micelarny w takiej cenie, kupiony w Lidlu, może być aż tak dobry.
  • Olejek do demakijażu MIYA MySuperSkin. Cena jest już wyższa, około 35 zł za 140 ml produktu. Olejek jest naturalny, zawiera trzy różne olejki w składzie. Domeną marki jest naturalność, nie testowanie na zwierzętach i wysoka jakość w średniej cenie. Wczoraj użyłam tego olejku pierwszy raz, zamiast płynu micelarnego. Wystarczyła jedna pompka na usunięcie makijażu z całej twarzy. Olejek ma dość płynną konsystencję, pachnie słodkimi migdałami, skóra jest gładka i przyjemna w dotyku. Kliknij tutaj.
  • Tonik do twarzy Ziaja Jagody Acai. To mój pierwszy tonik, od czasu gdy postanowiłam do niego wrócić. Nie ściąga skóry, nie mam wrażenia że zaraz pęknę. Nic nie szczypie, nie piecze. Dodatkowo butelka jest w formie atomizera, wystraczą dwie dozy produktu i powrót do naturalnego pH załatwiony. Cena również jest śmieszna, około 6 zł za 200 ml produktu, dla mnie jest to drugi hit w niskiej cenie.
  • Mgiełka do twarzy MIYA MyBeautyEssence. Nawilżenie, odżywienie skóry w formie lekkiej mgiełki. Do wyboru mamy dwie wersje:kwiatowa, kokosowa. Używałam kokosowej zamiast kremu, szczególnie latem gdy wychodziłam na trening lub na plażę, albo gdy miałam dzień bez makijażu. Kosmetyk szybko się wchłania, możemy go stosować też na szyję i dekolt. Dla mnie działanie tej mgiełki jest rewelacyjne, kupiłam ją z ciekawości jako nowość marki. Idealnie nawilża, nie zostawia tłustej warstwy, nie zapycha porów, wystarcza na bardzo długo, używam go od lipca codziennie wieczorem i jeszcze zostało mi 1/5 buteleczki. Oczywiście nie zawiera PEG, SLS, silikonów. Kolejny naturalny kosmetyk, który nie jest ściemą. Cena około 30 zł.Zobacz tutaj.
  • Krem MIYA MyWonderBalm. Ten krem występuje w czterech wariantach: Hello Yellow (z masłem mango), I'm CocoNuts (z olejem kokosowym), I Love Me (dla cery naczynkowej), Call Me Later (z masłem shea). Szczerze tym kremom jestem wierna  od 2 lat, nie kupiłam nigdy przez ten czas innego kosmetyku. Gdy w tubce było pusto, leciałam po kolejną. Miałam wszystkie typy, zaczynałam od wersji dla naczynkowej skóry. Faktycznie zaczerwienia zmniejszyły się. Następnie na przemian kupowałam ten w żółtym opakowaniu, który idealnie nadaje się na zimę jak i ten niebieski również. Drugim ulubionym wariantem jest zielony z olejem kokosowym, właśnie kończy mi się kolejna tubka i czeka na mnie znów żółta pachnąca mango. Wszystkie kremy mają gęstszą konsystencję, ale nie pozostawiają tłustej warstwy. Wchłaniają się szybko, każdy pachnie obłędnie, dokładnie tak jak główny składnik. Dodatkowo kremy zawierają witaminę E, prowitaminę b5. Kremy dobrane są pod różne rodzaje cery, nadają się też jako balsam czy krem do rąk. Ceny kremów to 30 zł za 75 ml produktu, krem wystarcza na bardzo długo przy stosowaniu nawet 3 razy dziennie. Więcej tutaj klik. PS Możesz kupić wszystkie wersje kremu w mniejszych wersjach. 



Moim nowym odkryciem jest serum również od Miya. Zakupiłam je w zestawie z olejkiem do demakijażu, kremem i mgiełką w dobrej cenie. Serum jest wielozadaniowe, ma formę masełka które rozpuszcza się pod wpływem ciepła palców niczym olejek. Nakładamy rozgrzaną odrobinę kosmetyku jako krem pod oczy, dla dodania blasku, energii, regeneracji skóry nie tylko pod oczami. Serum można stosować na całą twarz, szyję i dekolt. Stworzone z 11 unikalnych składników, pachnie cytrusowo. Więcej przeczytasz tutaj (klik).








Zestaw widoczny na zdjęciu kupisz tutaj klik.



Jako trenująca kobieta, wiem że moja skóra potrzebuje dobrego złuszczania. Używałam wielu peelingów, ostatnio postawiłam na ten nawilżający od Nacomi, który ma działanie podobne do mikrodermabrazji. Po użyciu skóra jest lekko tłusta, ale to dzięki zawartym olejkom. Po zmyciu cera jest wygładzona, miękka w dotyku.






moje dwa hitowe kosmetyki, które kupisz łącznie za 10 zł!






I nawet jeśli nie znalazłaś swoich topowych kosmetyków, nawet jeśli masz problemy z cerą i mimo wszystko wstydzisz się. Błagam, zmyj ten make-up, zrób wersje lekką a pierwszą rzeczą jaką zrobisz po skończeniu treningu to nie wskakiwanie pod prysznic, a zrobienie demakijażu. Ja wiem że wiele kobiet o tym zapomina, albo mówi że nie ma jak tego zrobić na siłowni, czy nie ma na to czasu bo się spieszą gdzieś. Pomyśl ile czasu zajmie demakijaż, a ile doprowadzenie cery do ładu i składu. Sama kiedyś biegałam z podkładem bo się wstydziłam, skończyło się wizytami u kosmetyczki, zabiegami peelingu kawitacyjnego, zabiegami nawilżającymi. Już wtedy dostało mi się po uszach od kosmetyczki, zaczęłam szukać swoich topowych kosmetyków i zmywać ten makijaż jak należy. Poprawa jest duża, jeśli poszłabym do kosmetyczki to jedynie dla swojej przyjemności.








A Ty jak dbasz o swoją cerę podczas treningu? Jakie są Twoje ulubione kosmetyki? Znalazłaś już takie czy może jeszcze szukasz? Te które widzisz u mnie, są szczerze polecane. Nikt mi nie płaci za to, że widzisz te zdjęcia. Lubię dzielić się z innymi swoimi doświadczeniami, nie polecę nic czego nie lubię.
Copyright © 2016 O bieganiu i nie tylko , Blogger